wtorek, 3 listopada 2015

A co z tymi naszymi planami?

Wielu z nas ma wielkie ambicje.  Chcemy dokonać czegoś wielkiego, czegoś prawie niemożliwego. Słuchając opowiadań innych, snujących plany na przyszlość, pragniemy ich przeciągnąć. Sięgać coraz dalej, po coraz więcej. 

A co jeżeli w tej naszej próbie zaistnienia napotykamy mur blokujący wszystko? Mur, którego jednak nie widzimy, ponieważ jest ukryty gdzieś w głębi nas samych i zaczyna swoją budowę w najmniej odpowiednim momencie? Mur o którym mówię to właśnie słomiany zapał.
Czemu akurat on? Bo jest najbardziej okropnym i najwredniejszym co nas opisuje. 

Dzień za dniem leci, a początek roku szkolnego jest już bardzo odległym wspomnieniem, do którego co chwila próbujemy wracać pamięcią, kiedy to przypomnimy sobie, że wielkimi krokami zbliżamy się do końca semestru. 

Od pierwszego września obiecywałam sobie wiele - same piątki, uczyć się systematycznie, odrabiać każdą pracę domową, codziennie dawać z siebie milion procent i wiele wiele innych. 
Co z tego wyszło? Jedno wielkie nic. 

Proces w którym do wszystkiego doszło jest banalnie prosty:
Niektóre zadania były tak proste i mało znaczące, że poznanowiłam przełożyć zrobienie ich na przerwę przed zajęciami. Nauczyciele nie pytali na każdej lekcji, tak samo nie robili często kartkówek, więc w razie wątpliwości postanowiłam zgłaszać nieprzygotowanie (w końcu od czego ono jest), a z czasem całe milion procent dawania z siebie zamieniło się na jedyne dziesięć, by "jakoś" przeżyć dzień. 
Wrzesień rozpoczął się czytaniem kryteriów ocen i zapoznyeaniem wszystkich wokół, więc tak oto jest już listopad, a ja nadal bładze w wakacyjnej sielance, myśląc ze wciąż codziennie mogę do późna spotykać się ze znajomymi, a by dostać dobre oceny wystarczy raz popatrzeć się na stronę w książce. 
Jakże wielkie było moje zdziwienie, że byłam w błędzie, a mój tok rozumowania przyplłacił mi kilka pięknych ocen.

Do tego wszystkiego obiecałam pisać systematycznie posty na bloga i zacząć kolejną próbę skończenia mojej książki. 
W rzeczywistości posta piszę od niepamiętnych czasów, a mój challange 40 rozdziałów w 40 dni jakoś rozmył się w czasie, gdy termin rozpaczecia już dawno przeminął i czas ciągle gna do przodu nie dając mi odetchnąć.

Wakacyjne postanowienia o "byciu fit" również legły w gruzach, kiedy to od tygoni przestałam ćwiczyć mówiąc "jutro na pewno poćwiczę dzisiaj nie mam czasu", a zdrowe sałateczki zamieniłam stertą śmieciowego jedzenia. 

Słomiany zapał jest nierozłączną stałą mojego życia. Oczywiście, chciałabym żeby nie istniał, lecz czy bez niego wszystko byłoby takie cudnowne? 
Osiągalibyśmy wsystko "just like that" jakbyśmy pstrykneli palcami. Nie potrzebowalibysmy wkładać ani kszty wisiłku. (W sumie kuszące)

Słomiany zapał musi istnieć. Naszą życiową misją jest, by z nim walczyć. 

By zobaczyć efekty, trzeba wziąść się w garść i zacząć działać. 

Nic nie przyjdzie nam na zawołanie, musimy się trochę pomęczyć, poświęcić trochę czasu, by później wspominać te chwile z wielką dumą i radością. 

Życzę Wam (i sobie) powodzenia w spełnianiu marzeń, by nie zostały tylko marzeniami. 

Realizujmy nasze plany najlepiej jak umiemy! Nie można się poddawać! 

Czy chcesz ciągle myśleć o tym czego nie osiągnąłeś, a bardzo chciałeś? Po prostu zacznij pracę i włóż wszystkie starania, by cel został osiągnięty.