niedziela, 13 marca 2016
będziesz w biegu ale szczęśliwa...
Każdy ma ten moment, w którym wpadł po uszy w codzienną rutynę. Wstaje, je śniadanie, myje się, ubiera, idzie do szkoły lub pracy, wraca, uczy się, je, znowu się myje, idzie spać i tak każdego dnia. Jednak pewnego słonecznego dnia, budzi się i stwierdza, że takim życiem nic nie osiągnie, nic go nie będzie uszczęśliwiać, każda doba będzie podobna do wcześniejszej i następnej.
Ja tak właśnie miałam. Obudziłam się, wstałam, poszłam do kuchni zrobić sobie kawę i mnie oświeciło - czego już dokonałam? - zapytałam sama siebie, a odpowiedź była przerażająco prosta, szybka i krótka. Nic.
No nie powiem, trochę mnie to zdołowało. Patrząc na moich znajomych, którzy idealnie dzielą się na "tych z ambicją" i "tych leniwych z ambicją". Powoli dochodziło do mnie, że niestety należę do tej drugiej grupy osób.
Czytając kolejny "głęboki" tekst randomowej nastolatki, że życie jest krótkie, bądź że życie to nie gra, z jednej strony parskałam śmiechem "co ona wie o życiu?" a jednak z drugiej strony się z nią zgadzałam.
To prawa. Przecież większość z nas czuje, jakby wczoraj zdarzyło się coś, co tak naprawdę miało miejsce kilka miesięcy lub nawet lat temu.
Nie można popadać w rutynę. To chyba jest jedną z tych najgorszych rzeczy, które można zrobić.
I tak, po mojej długiej nieobecności na tym blogu zrozumiałam, że to nie jedyna rzecz, którą tak bardzo zaniedbałam.
Przestałam pisać książkę, argumentując to "brakiem czasu", mimo, że tak naprawdę nie było konkretnej sprawy, przez którą mój czas wolny się skrócił.
Ostatnio byłam na wykładach dotyczących studiowania za granicą, a dokładniej w Stanach Zjednoczonych.
Kiedy byłam jeszcze w podstawówce, dumnie powtarzałam "będę studiować na Harvardzie!". Oczywiście każdy z Was pewnie się domyśla z jaką odpowiedzią moje stwierdzenie się spotykało. Więc z braku jakiegokolwiek - choćby udawanego - entuzjazmu ze strony moich najbliższych, wybiłam sobie Harvard z głowy, powtarzając, że przecież UJ nie może być taki zły.
Lecz dzisiaj patrzę na to kompletnie inaczej. Multum ludzi każdego roku dostaje się na wymarzony Harvard, to czemu ja nie? Bo jestem Polką? Bo moi rodzicie nie zarabiają milionowych sum każdego miesiąca? Przecież to nie może aż tak rujnować moich marzeń.
Czasem - a raczej zawsze - by spełniać swoje marzenia, trzeba włożyć trochę trudu.
Więc zaczęłam. Zmobilizowałam się do ciężkiej pracy i postanowiłam dążyć do wyznaczonych sobie celów.
Bo to właśnie teraz pracujemy na swoją przyszłość. To od tego, jak wiele wysiłku włożymy teraz, zależy czy spełnimy swoje marzenia.
Każdy ma te dni, w których już naprawdę nie chce mu się nic robić. ale nie można się poddawać!
Zrobiłam listę, rzeczy, które chcę zrobić, zadania, które muszę wykonać.
Nie powiem - będzie ciężko, ale wierzę, że z dnia na dzień będę widzieć efekty mojej ciężkiej pracy.
To samo powiedziała moja znajoma ze szkoły "zobaczysz, że za jakiś miesiąc przyzwyczaisz się, będziesz w biegu, ale szczęśliwa" W stu procentach się z nią zgadzam.
Kiedy dotychczas jedyne co się robiło, to leżenie i pachnienie, to początkowo naprawdę może być ciężko, lecz z dnia na dzień, będzie tylko coraz lepiej. Gwarantuję Wam.
Życzę wszystkim, którzy popadli w nudną rutynę, by się z niej szybko wyrwali i cieszyli się każdym kolejnym dniem. Każdy ma jakieś marzenie. Nie można pozwolić by nimi zostały!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
